Dzwon kościelny jest w polskim krajobrazie tak oczywisty, że przestaliśmy go zauważać. Rano, w południe, wieczorem. Przy chrzcie, ślubie i pogrzebie. A zaczęło się od całkiem świeckiego rzemiosła.
W dawnej Polsce odlewać dzwony potrafili niemal wyłącznie zakonnicy, w tym benedyktyni. Dopiero rozwój miast i cechów wyprowadził tę wiedzę zza klasztornych murów. Pałeczkę przejęli ludwisarze, mistrzowie ognia i metalu. Dziś to zawód niemal wymarły, uprawiany przez kilka wielopokoleniowych rodzin, a mimo to wciąż potrzebny: powstają nowe parafie, a z nimi zapotrzebowanie na nowe spiżowe serca świątyń.
Historia dzwonów to jednak też kronika katastrof. Przez wieki wieże były najczęstszym celem piorunów, a topiący się w pożarach spiż znikał bezpowrotnie. Najciemniejszą kartę zapisała II wojna światowa, gdy niemieccy okupanci prowadzili systematyczny rabunek: setki polskich dzwonów zdemontowano, wywieziono i przetopiono. Wróciły tylko nieliczne, ukryte przez mieszkańców albo odnalezione po wojnie w niemieckich magazynach.
Wydawałoby się, że po tym wszystkim dzwony mogą wreszcie brzmieć spokojnie. Nic bardziej mylnego. Dziś zagrożenie ma formę czysto administracyjną, a determinacja jednego człowieka uzbrojonego w paragrafy potrafi uciszyć wielotonowy instrument. Jak to możliwe, że jeden podpis pod skargą wystarcza, by zamilkła cała wieża?
Część 1. Anatomia milczenia
Gliwice, parafia Matki Bożej Częstochowskiej
Na Trynku dzwony i kuranty wybijały rytm osiedla przez blisko cztery dekady. W 2024 roku jeden mieszkaniec złożył skargę do Urzędu Miejskiego, ten przekazał sprawę do WIOŚ w Katowicach i machina ruszyła.
Pomiary wykazały przekroczenie w dwóch punktach: o 9,5 decybela w jednym i o 7,8 w drugim, przy dopuszczalnych dla tego terenu 55 decybelach w ciągu dnia. Kontrola przyniosła jednak coś więcej. Okazało się, że parafia nie prowadziła obowiązkowych okresowych badań hałasu, wykonywanych co dwa lata, a urządzenie nagłaśniające emitujące dźwięk dzwonu i melodie religijne wygrywało je codziennie od 6 do 21, także wtedy, gdy nie odbywały się żadne nabożeństwa. To drugie jest w świetle prawa osobnym problemem i o tym jeszcze będzie mowa.
Proboszcz, ks. Dariusz Laskowski, nie poszedł na wojnę. Skrócono czas bicia, zrezygnowano z porannego budzenia. Nie pomogło. Kara za każde wybicie dzwonu miała wynosić około 300 złotych, co w skali roku parafia liczyła nawet na 20 tysięcy. Dlatego od 6 kwietnia 2024 roku dzwony i kuranty zostały wyłączone.
Parafianie stanęli murem: zebrali 700 podpisów o przywrócenie dzwonów. Bezskutecznie. Parafia odwołała się od decyzji WIOŚ, ale wieża na Trynku milczy do dziś. Ksiądz Laskowski nie ukrywa, że jedyną nadzieją jest zmiana prawa na szczeblu krajowym.
Bydgoszcz, parafia św. Urszuli Ledóchowskiej
Tu walka z wieżą przybrała formę wręcz obsesyjną. Od 2022 roku jeden z mieszkańców z aparatem w ręku, z różnych punktów osiedla, rejestrował bicie dzwonów. Setki nagrań i pism trafiały do wszystkich możliwych instytucji.
Pomiar z 2023 roku wykazał przekroczenie dopuszczalnego poziomu aż o 15,2 dB. Postępowania administracyjnego ostatecznie jednak nie wszczęto, ponieważ proboszcz sam zdecydował o wyłączeniu dzwonów. I to jest sedno: żaden urząd niczego nie zakazał. Wystarczyła perspektywa kar, by parafia wybrała ciszę. Formalnie nie ma więc czego zaskarżać, a dzwony milczą od 2023 roku.
Bielsko-Biała, bazylika w Hałcnowie
Tu uderzono w obiekt o statusie szczególnym. Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej w Hałcnowie, późnobarokowa świątynia z XVIII wieku, dziesięć lat temu zostało ogłoszone bazyliką mniejszą, pierwszą w Beskidach. Na wieży wiszą cztery dzwony, poświęcone przez kardynała Karola Wojtyłę. Jak mówi proboszcz, ks. Piotr Konieczny, biły w takim wymiarze od 1975 roku i przez tyle lat nikomu nie przeszkadzały.
Pękło po skargach mieszkańców. Na przełomie 2024 i 2025 roku miasto zleciło pomiary w dwóch punktach objętych ochroną akustyczną; wykazały wyraźne przekroczenia. Parafia wykazała się dobrą wolą: dwa największe dzwony wyłączono całkowicie, pozostałe ograniczono do około 45 sekund, głównie przed niedzielnymi nabożeństwami.
Za mało. W sierpniu 2026 roku katowicki WIOŚ wszczął postępowanie o tzw. karę biegnącą. Mechanizm jest bezlitosny: naliczana jest ona do czasu, aż podmiot wykaże nowymi pomiarami, że poziom hałasu zszedł do wartości dopuszczalnych, i dopiero wtedy ustala się jej wysokość. Za kolejne analizy parafia też musi zapłacić. „Tak samo jesteśmy karani, jak zakład przemysłowy” — mówi proboszcz, szacując karę na kilkadziesiąt tysięcy złotych i zapowiadając, że przy niezmienionym prawie może to się skończyć wyłączeniem wszystkich dzwonów.
Tym razem urzędnicy trafili na opór. Interpelacje złożyli radni Małgorzata Chrząszcz i Michał Guzdek. Prezydent Jarosław Klimaszewski wyjaśnił jednak w odpowiedzi z 28 sierpnia, że WIOŚ jest instytucją niezależną od samorządu i nie może on wnioskować o odstąpienie od kary. Zapowiedział jedynie prośbę o ponowne przeanalizowanie sprawy oraz wystąpienie o zmianę przepisów. Samorząd jest więc bezradny wobec własnego państwa.
Grudziądz, parafia św. Maksymiliana Kolbego
Ten przypadek obnaża chaos w metodologii pomiarów. Przez lata panował spokój, a kościelni z własnej inicjatywy skracali niedzielne dzwonienie. W październiku 2024 roku do Urzędu Miejskiego wpłynęła skarga, wszczęto postępowanie, przeprowadzono pomiary i prezydent Grudziądza zobowiązał parafię do ograniczenia poziomu dźwięku. Parafia dostosowała się, ograniczając się do najmniejszego dzwonu.
W czerwcu 2025 roku, po kolejnej skardze, zjawili się inspektorzy WIOŚ z Bydgoszczy. I tu zaczyna się absurd: firma wynajęta przez miasto mierzyła w oddaleniu od świątyni, gdzie dźwięk się rozprasza, inspektorzy WIOŚ punktowo, tuż przy kościele, gdzie natężenie jest największe. Mimo tak rygorystycznego podejścia normę przekroczono o 0,8 decybela, czyli o wartość dla ludzkiego ucha praktycznie niewykrywalną. Postępowanie umorzono, kończąc na pouczeniu, ale z ostrzeżeniem o karze rzędu 11 tysięcy złotych za każde kolejne przekroczenie.
„Dla mnie to jest sprawa nie do przyjęcia, bo dzwony to dobro kulturowe” — mówił ks. Artur Szymczyk w Teleexpressie w lipcu 2025 roku. Dziś najmniejszy dzwon bije przez 30 sekund przed mszami, a w niedzielę rano i o 12:15 na osiedlu panuje cisza.
Tuchola, parafia Opatrzności Bożej w Rudzkim Moście
Tu spór przeniósł się z urzędu na salę sądową. Trzy dzwony zainstalowano na nowej wieży 24 października 2010 roku; pobłogosławił je bp Jan Bernard Szlaga. Od początku przeszkadzały jednemu z sąsiadów, Waldemarowi Piotrowskiemu, który jako jeden z nielicznych w kraju zgodził się wystąpić w mediach pod nazwiskiem. W jego relacji „odbywało się szaleństwo strzępiące uszy”, a dzwony „waliły tak, że nie dało się rozmawiać”. Sam podkreśla, że nie jest jedyny i uważa się za przedstawiciela większej grupy mieszkańców.
Parafia od początku szukała kompromisu. W czerwcu 2016 roku w Starostwie Powiatowym w Tucholi podpisano porozumienie między Piotrowskim a ówczesnym proboszczem, ks. Wiesławem Heroldem: na dzwonnicy miały zawisnąć żaluzje, duży dzwon miał odzywać się tylko na Wielkanoc i Boże Narodzenie, parafia na własny koszt miała wykonać pomiar hałasu, a czas dzwonienia nie miał przekraczać dwóch minut. Ustalenia wykonano. Dwie minuty okazały się jednak technicznie zabójcze dla napędów, więc ostatecznie zaprogramowano 2 minuty i 41 sekund.
Żaluzje przyniosły efekt odwrotny od zamierzonego: stłumiły dźwięk w jednym kierunku, ale skierowały falę w stronę sąsiednich posesji. Kolejne pomiary, tym razem WIOŚ, znów wykazały przekroczenia. Parafia zeszła do jednego, najmniejszego dzwonu.
Sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Tucholi jako powództwo o ograniczenie immisji dźwiękowych. Już w 2024 roku sąd, zabezpieczając roszczenia powoda, zakazał używania dzwonów do czasu rozstrzygnięcia. Proces toczył się więc w ciszy. W maju 2026 roku, gdy sprawa trafiła na wokandę, pod sądem zebrał się tłum mieszkańców z transparentami.
Wyrok zapadł 22 maja. Sąd nakazał używanie wyłącznie najmniejszego dzwonu, w związku ze wszystkimi uroczystościami religijnymi, w tym mszami, pogrzebami i procesjami, maksymalnie dwa razy dziennie w dni powszednie i trzy razy w niedziele i święta, przez czas nie dłuższy niż trzy minuty. Zanim dzwon w ogóle zabrzmi, na dzwonnicy musi pojawić się sprawny mechanizm ograniczający dzwonienie do dwóch minut. Dodatkowo parafia ma zapłacić powodowi 30 tysięcy złotych zadośćuczynienia. Wyrok jest nieprawomocny, obie strony się odwołały, a Piotrowski domaga się przed Sądem Okręgowym w Bydgoszczy całkowitego zakazu.
Jeden szczegół zasługuje na osobne miejsce. Powód pisał w tej sprawie także do Watykanu. Stolica Apostolska odpowiedziała, że używanie dzwonów kościelnych jest kultem religijnym i nie leży w jej kompetencji nakazanie zaprzestania. Cytat pochodzi z akt sprawy.
W czerwcu 2026 roku odbyła się konsekracja kościoła. Dzwony musiały milczeć. Zmęczony batalią ks. Herold odszedł na emeryturę, a parafię objął ks. Marcin Szopiński.
W obronę wieży zaangażował się też Bogdan Dzakanowski, zapowiadając walkę o systemową zmianę prawa. To on nagłośnił historię, która mówi o tej sprawie więcej niż paragrafy: parafiance, której mąż zmarł, nie mieściło się w głowie, by pogrzeb odbył się w kompletnej ciszy. Zrezygnowała z pochówku we własnej parafii i msza pogrzebowa odbyła się w innym tucholskim kościele, tylko po to, żeby na ostatniej drodze zabiły dzwony.
Bolesławiec, parafia Chrystusa Króla
Tu naprzeciw kościoła stanął zdeterminowany człowiek mediów: Krzysztof Gwizdała, redaktor naczelny portalu Istotne.pl, mieszkaniec sąsiedniego bloku. W 2021 roku zwrócił się do proboszcza, ks. Zbigniewa Pędziwiatra, proponując skrócenie czasu bicia. List został zignorowany i to okazało się zapalnikiem.
Pierwsze postępowanie starostwa umorzono. Gwizdała odwołał się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, które uchyliło decyzję i nakazało ponowne rozpoznanie sprawy oraz przeprowadzenie pomiarów. Badania wykazały przekroczenie w dwóch z trzech punktów: 65,9 dB przy dopuszczalnym poziomie 55 dB oraz 63,1 dB na terenie, dla którego norma wynosiła 50 dB. Starosta Tomasz Gabrysiak wydał wówczas decyzję zobowiązującą parafię do ograniczenia emisji hałasu. Nie zakazał używania dzwonów, nakazał jedynie dostosowanie głośności do przepisów.
Toczyła się też druga, osobna sprawa: o bicie w południe, gdy nie odbywała się żadna msza. Zakończyła się dla proboszcza karą nagany na podstawie art. 343 ust. 1 w związku z art. 156 ust. 1 Prawa ochrony środowiska.
We wrześniu 2026 roku Naczelny Sąd Administracyjny oddalił skargę kasacyjną parafii, zamykając pięcioletnią batalię. Prawomocne zakończenie postępowania formalnie nie oznacza zakazu: dzwony mogą być uruchamiane, o ile hałas mieści się w normach. W praktyce nie milkną od 2023 roku, bo zejść do normy się nie da.
Bydgoszcz, parafia Świętej Trójcy
Na tej wieży wiszą dzwony o wyjątkowej wartości. Wojciech, Józef i Stanisław zostały poświęcone w 1911 roku. Po wojnie odnalazł je na terenie Niemiec i sprowadził z powrotem proboszcz Mieczysław Skonieczny. Przetrwały hitlerowskie piece hutnicze.
Latem 2026 roku sprawa ruszyła z nieoczywistej strony. Do Wydziału Ochrony Środowiska Urzędu Miasta wpłynęło 8 lipca zgłoszenie interwencyjne, zainicjowane przez mieszkańców, ale przekazane przez Główny Inspektorat Ochrony Środowiska w Warszawie. Miasto, zanim rozpoczęło procedurę, poprosiło parafię o weryfikację poziomu hałasu i ewentualne działania naprawcze.
Zanim zapadły jakiekolwiek decyzje, w biuletynie parafialnym pojawił się komunikat o konieczności wyłączenia dzwonów. Wiadomość obiegła media, a ratusz ostro zdementował, podkreślając, że nigdy nie zakazał żadnej parafii używania dzwonów i że było to jedynie pismo informacyjne. Głos zabrał ordynariusz diecezji bydgoskiej, opowiadając się za utrzymaniem bicia stuletnich instrumentów. Parafia zleciła certyfikowanej firmie badania na własny koszt i postępowanie jest w toku.
Warto znać skalę zjawiska, bo krąży wiele przesady. W ciągu pięciu lat WIOŚ przeprowadził w całym województwie kujawsko-pomorskim siedem kontroli dotyczących hałasu kościelnych dzwonów, a w czterech przypadkach przekroczeń nie stwierdzono. W samej Bydgoszczy podobne postępowania dotyczyły parafii św. Urszuli Ledóchowskiej, św. Wojciecha oraz NMP z Góry Karmel. Rzecz nie w liczbach, tylko w tym, że pojedyncza skarga wystarcza.
Bytom, parafia Bożego Ciała
I wreszcie historia, która pokazuje, że kapitulacja nie jest jedyną drogą.
Cztery miechowickie dzwony, Serce Jezusa, Święty Jan, Święta Maryja i Święty Michał, wiszą na wieży od 1957 roku; wcześniejsze trzy, z 1917 roku, skonfiskowano w czasie wojny na cele wojenne. Kościół ma status zabytku.
Konflikt zaczął się w 2023 roku od skargi dwóch mieszkańców. Wrześniowe pomiary wykazały 59,1 i 60,2 decybela, czyli powyżej normy. Prezydent Bytomia wszczął postępowanie, ale sam decyzji nie wydał, bo gmina zwróciła się do Samorządowego Kolegium Odwoławczego o wyznaczenie organu, który zapewni bezstronność. Wskazano prezydenta Gliwic, który 24 czerwca 2024 roku ustalił dopuszczalny poziom na 55 decybeli w dzień i 45 w nocy. Decyzja nie zabraniała korzystania z dzwonów. Mimo to od 15 lipca 2024 roku dzwony zamilkły.
Parafia nie odpuściła i weszła na drogę sądową. Batalia przed sądem administracyjnym zakończyła się sukcesem: sąd uchylił restrykcyjne decyzje urzędników, a dzwony wróciły do normalnego użytku. To pokazuje, że litera prawa nie musi ślepo niszczyć tożsamości kulturowej, tylko trzeba mieć siłę i pieniądze, żeby przejść całą drogę.
Poznań i Szczecin
Na poznańskim Strzeszynie parafia św. Ojca Pio wybrała ofensywę. Od 2022 roku jeden z mieszkańców słał zawiadomienia do Urzędu Miasta i WIOŚ, a kolejne pomiary za każdym razem pokazywały to samo: pojedynczy dzwon nie przekracza żadnych norm. Chcąc uciąć spór, parafia sama skierowała sprawę do sądu, a ks. proboszcz Andrzej Herkt i tak zamontował na dzwonnicy żaluzje wyciszające, bo dzwon wisi wewnątrz zamkniętej wieży i dźwięk kumuluje się w specyficzny sposób.
Wiosną 2025 roku, po śmierci papieża Franciszka i wyborze Leona XIV, parafianie poprosili, by wieża przemówiła. Dzwon ruszył. Dwa dni po białym dymie nad Watykanem zapadł wyrok korzystny dla parafii: sąd oparł się nie tylko na pomiarach, ale i na wielowiekowej tradycji jako elemencie polskiej kultury. Parafia musi za to co dwa lata, na własny koszt, powtarzać pomiary natężenia hałasu, co zresztą jest obowiązkiem ustawowym każdego zakładu.
Warto też wspomnieć o Szczecinie, gdzie w parafii pw. Miłosierdzia Bożego dzwony wzywały wiernych nieprzerwanie od jesieni 2001 roku. Jak informował na początku kwietnia wPolsce24, po ćwierćwieczu bezkonfliktowego współistnienia proboszcz został skazany wyrokiem sądu na karę grzywny. Powód: tradycyjne dzwonienie na mszę świętą.
Podobne sprawy toczą się w Warszawie, Łodzi, Toruniu i kolejnych parafiach w Poznaniu. Schemat wszędzie jest bliźniaczo podobny.
Część 2. Skąd ta plaga?
Mur milczenia. Pierwszym grzechem u zarania niemal każdego konfliktu jest paraliż komunikacji. Mieszkańcy, którym dzwony przeszkadzają, rzadko decydują się na zwykłą rozmowę z proboszczem. Zamiast zapukać do kancelarii, od razu uruchamiają urzędową machinę. W wyobrażeniu wielu skarżących ksiądz jawi się jako ktoś, z kim dialog jest niemożliwy. Efekt jest taki, że proboszczowie dowiadują się o problemie z pisma z urzędu.
Że bywa inaczej, pokazał wrzesień 2026 roku w wielkopolskim Ostrowitem. Po zgłoszeniu jednego mieszkańca na policję na dwa dni zamilkły dzwony i wyłączono głośniki, a wójt Mateusz Wojciechowski kazał wszystko włączyć z powrotem, pisząc na Facebooku: „Nie dajmy się zwariować”. Awantura rozlała się po sieci. Kilka dni później obaj panowie po prostu się spotkali. Okazało się, że skarżącemu przeszkadzały zewnętrzne głośniki, a nie dzwony, a wójt podsumował: „Pomimo różnych poglądów można jednak normalnie żyć i znaleźć konsensus”. Jedna rozmowa zrobiła to, czego nie zrobiłyby lata pism.
Język nienawiści. Brak rozmowy przenosi napięcie do sieci, gdzie pękają wszelkie hamulce. Pod profilami uciszanych parafii i pod filmami pasjonatów ludwisarstwa królują wpisy w rodzaju „precz z dzwonami” czy „im mniej kościoła w przestrzeni publicznej, tym lepiej”. To już nie spór o decybele, tylko o obecność.
Instruktaż uciszania. Wojna o dzwony przestała być zrywem pojedynczych osób. Fundacja Wolność od Religii prowadzi w internecie poradnik reagowania na „dokuczliwe dzwony” wraz z wykazem przepisów i orzecznictwa, a wprost zachęca do rozważenia dalszych kroków, w tym wniosku o wydanie decyzji o dopuszczalnym poziomie hałasu lub pozwania parafii, oferując kontakt mailowy zainteresowanym. Do gry weszły też kancelarie z marketingowymi „rolkami” tłumaczącymi, jak zmusić parafię do milczenia. W żadnej z tych publikacji nie ma słowa o tym, że dzwon to wielowiekowy element polskiego krajobrazu.
Część 3. Co na to prawo?
Żeby zrozumieć, dlaczego parafie seryjnie przegrywają, trzeba porzucić język tradycji i wejść w świat definicji ochrony środowiska. Dźwięk sakralny nie ma tam żadnej taryfy ulgowej.
Normy. Dopuszczalne poziomy hałasu od instalacji określa rozporządzenie Ministra Środowiska z 14 czerwca 2007 roku. Dla zabudowy mieszkaniowej wielorodzinnej to 55 dB w porze dziennej, od 6:00 do 22:00, i 45 dB w nocy. Dla zabudowy jednorodzinnej jest ostrzej: 50 dB w dzień i 40 dB w nocy. Dzwony bada się jako hałas impulsowy, czyli krótkie, powtarzające się uderzenia fali dźwiękowej.
Parafia jako zakład. I tu leży sedno, które w publicystyce jest notorycznie przekręcane. Prawdziwy dzwon nie jest „instalacją nagłaśniającą”. Sądy orzekają, że dzwon wraz z zawieszeniem i mechanizmem wprawiającym go w ruch tworzy stacjonarne urządzenie techniczne, a więc instalację w rozumieniu art. 3 pkt 6 Prawa ochrony środowiska. W konsekwencji parafia, jako podmiot posiadający tytuł prawny do terenu, staje się zakładem w rozumieniu art. 3 pkt 48 tej samej ustawy. Ustawodawca wprowadził tu legalną definicję „zakładu”, odrębną od potocznego rozumienia tego słowa.
Przepisem, który potem robi robotę, jest art. 115a: gdy organ stwierdzi, że poza zakładem przekroczone są dopuszczalne poziomy hałasu, wydaje decyzję o dopuszczalnym poziomie. Nie może jej nie wydać. Kościół trafia więc do tej samej tabeli co agregat prądotwórczy i hala magazynowa.
Osobną ścieżką idzie nagłośnienie. Ministerstwo Klimatu i Środowiska wyjaśnia wprost, że przepisy określają zasady oddzielnie dla użytkowania instalacji lub urządzeń nagłaśniających, a oddzielnie dla tradycyjnych dzwonów. Do głośników i kurantów elektronicznych stosuje się art. 156 ust. 1, który zabrania używania urządzeń nagłaśniających na publicznie dostępnych terenach miast i terenach zabudowanych. Ustęp 2 przewiduje wyjątek: przepisu nie stosuje się do okazjonalnych uroczystości oraz uroczystości i imprez związanych z kultem religijnym, imprez sportowych, handlowych, rozrywkowych i innych legalnych zgromadzeń, a także komunikatów służących bezpieczeństwu publicznemu.
Zwróćmy uwagę: sport i rozrywka siedzą w tym samym przepisie co kult religijny, i to od 2001 roku. Nikt kościołów nie pominął. Problem jest gdzie indziej. Urzędy i sądy interpretują słowo „uroczystość” wąsko: procesja Bożego Ciała, ślub, pogrzeb są okazjonalne, ale codzienne zwoływanie na mszę, Anioł Pański czy Apel Jasnogórski to już rutynowa działalność. Właśnie dlatego proboszcz w Bolesławcu dostał naganę za bicie w południe, gdy nie było mszy.
Co ciekawe, wyjątek dla kościołów w ustawie już jest, tylko w innym miejscu. Art. 157 pozwala radzie gminy ustanawiać ograniczenia czasu funkcjonowania instalacji emitujących hałas, ale jego ustęp 2 stanowi, że ograniczenia te nie dotyczą instalacji lub urządzeń znajdujących się w miejscach kultu religijnego. Ustawodawca uznał więc zasadę. Wpisał ją tylko w przepis, który w tych sporach nie ma zastosowania. A w 2025 roku wpłynęła do Ministerstwa Klimatu i Środowiska petycja o uchylenie i tego ustępu.
Dyktat jednostki. Jak to możliwe, że wystarczy jeden niezadowolony mieszkaniec? Paradoksalnie przeciwnicy dzwonów korzystają z najszlachetniejszych fundamentów prawa. Art. 32 Konstytucji gwarantuje równe traktowanie, więc urząd nie może zignorować skargi tylko dlatego, że „większość chce dzwonów”. Art. 8 k.p.a. nakazuje prowadzić postępowanie w sposób budzący zaufanie, więc urzędnik musi formalnie zbadać każde zgłoszenie.
Błąd tkwi w pominięciu zasady proporcjonalności z art. 31 ust. 3 Konstytucji. Ani miasta, ani WIOŚ nie przeprowadzają żadnych konsultacji z pozostałymi mieszkańcami osiedla. Głos setek ludzi zostaje zredukowany do zera. Liczy się jeden podpis, jeden odczyt z decybelomierza i paragraf z 2001 roku.
Pomiary i pieniądze. Badania muszą być wykonane przez akredytowane laboratoria, co w teorii ma gwarantować bezstronność, a w praktyce zderza wielowiekową tradycję z komercyjnym rynkiem. Pomiar robi się przy oknach zabudowy oponenta, od wyniku odejmuje się tło akustyczne, a matematyczny algorytm rzadko oddaje realną wartość emitowaną przez sam dzwon. Rzetelne badanie wymagałoby sprawdzenia każdego dzwonu osobno, w różnych odległościach, a potem w kombinacjach. Na takie wielogodzinne analizy komercyjne laboratoria rzadko mają czas.
Koszty uderzają w parafialne kasy podwójnie: raz za badanie nakazane przez urząd, a potem cyklicznie, bo pomiary okresowe są obowiązkiem ustawowym. Pieniądze pochodzą z ofiar wiernych albo z wynajmu wież pod stacje bazowe i dzierżawy gruntu. Dotąd szły na remonty, pomoc najuboższym i konserwację samej dzwonnicy. A dzwon wymaga serwisu: co 20–30 lat trzeba wymienić lub wyremontować zawieszenia i serca.
Konserwatorski klincz. Przy zabytkach robi się z tego pułapka bez wyjścia. Zmiana kąta wychylenia, przebudowa okien dzwonnicy, montaż żaluzji, a tym bardziej wymiana serca to ingerencja w zabytek, wymagająca zgody konserwatora. Konserwatorzy z reguły takiej zgody nie wydają. Z jednej strony urząd nakazuje zejść z decybelami, z drugiej konserwator zabrania zmian, które by to umożliwiły. Proboszczowi zostaje odciąć zasilanie.
Metody wyciszania i tak są kiepskie. Żaluzje potrafią zadziałać odwrotnie, jak w Tucholi. Wymiana serca na miększe odbiera dzwonowi barwę. Skórzane opaski na serce szybko się wycierają. Kampanolodzy mówią wprost, że instrument dostaje wtedy „sztuczne serce”, które bezpowrotnie niszczy brzmienie wypracowane przez pokolenia ludwisarzy.
Dzwon to nie wiertarka. Najgłębszy błąd tkwi w postawieniu znaku równości między brzmieniem dzwonu a hałasem technologicznym. Dzwon nie jest silnikiem ani urządzeniem mechanicznym, tylko pełnoprawnym instrumentem muzycznym, bliższym pianinu niż agregatowi. I nie pracuje godzinami: jego misja zamyka się w kilku minutach na dobę. Prawo tej różnicy nie widzi.
Część 4. Państwo, które nie wie, czego chce
Najbardziej porażający dowód niespójności państwa widać, gdy zderzyć decyzje inspekcji ochrony środowiska z rejestrami Ministerstwa Kultury.
W 2015 roku zawód ludwisarza trafił na Krajową Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego, w szczególności technika stosowana w pracowni Felczyńskich w Taciszowie, której korzenie sięgają 1808 roku. 1 lutego 2021 roku Narodowy Instytut Dziedzictwa ogłosił wpis gdańskiej kultury carillonowej na tę samą listę, co ma umożliwić miastu starania o Reprezentatywną Listę Niematerialnego Dziedzictwa Kulturowego Ludzkości UNESCO. Uroczysta gala odbyła się 19 października 2021 roku w Nowym Sączu. Gdańsk jest jedynym miastem w Polsce z działającymi carillonami, a wokół nich narosła cała infrastruktura edukacyjna i koncertowa, z sobotnimi koncertami z wieży kościoła św. Katarzyny.
Na gdańskich wieżach dochodzi przy tym do sytuacji będącej dokładnym zaprzeczeniem tego, co dzieje się w uciszanych parafiach. Kiedy carillon gra z orkiestrą, akustycy nie wygłuszają wieży, tylko wzmacniają dzwony, żeby wyrównać proporcje dla publiczności.
I teraz zestawienie. Jeśli dzwony wiszą na wieży św. Katarzyny i grają koncerty, państwo promuje je na cały świat i widzi w nich kandydata do UNESCO. Jeśli te same dzwony wiszą na zwykłej parafialnej wieży i spełniają swoją pierwotną funkcję, to samo państwo nazywa je instalacją emitującą hałas i grozi karą. Prawo środowiskowe z 2001 roku odcięło się od polskiej kultury.
A jak jest u sąsiadów? W Niemczech dzwonienie figuruje na krajowej liście dziedzictwa niematerialnego, a orzecznictwo odróżnia bicie liturgiczne, chronione wolnością religijną, od świeckiego wybijania godzin, które podlega ograniczeniom, zwłaszcza nocnym. Prężnie działają tam związki ludwisarzy i dzwonników. Na listę UNESCO ręczne bicie w dzwony wpisano natomiast w 2022 roku na wniosek Hiszpanii, a w 2024 roku element rozszerzono jako transnarodowy o Włochy. We Francji budynki kościelne wzniesione przed 1905 rokiem wraz z wyposażeniem, w tym dzwonami, są własnością gmin, a o ich używaniu decyduje mer w porozumieniu z proboszczem. We Włoszech restrykcje istnieją, ale karze się bicie bez uzasadnionego powodu, nie zwoływanie na mszę.
Część 5. Projekt ustawy
Dzwon to nie seryjnie produkowane urządzenie. Każdy brzmi inaczej, w zależności od stopu i epoki, w której powstał. Nie da się go porównać do sygnalizacji świetlnej wygrywającej w kółko tę samą melodię. Kościół to nie fabryka: tam się odprawia msze, a nie produkuje.
I właśnie to jest sedno projektu, który trafił do Sejmu. 17 września 2026 roku posłowie PiS Przemysław Drabek i Paweł Szrot poinformowali o złożeniu projektu nowelizacji Prawa ochrony środowiska. Zmiana ma objąć dwa przepisy: art. 115a ust. 2 oraz art. 156 ust. 2. Chodzi o to, by dźwięk dzwonów związany z praktykowaniem kultu został wyłączony spod procedury prowadzącej do wydania decyzji o dopuszczalnym poziomie hałasu, a istniejący wyjątek dotyczący urządzeń nagłaśniających w związku z kultem religijnym został rozszerzony. Bezpośrednim impulsem był głośny spór o dzwony kościoła Świętej Trójcy w Bydgoszczy.
Autorzy argumentują, że krótkotrwałego bicia dzwonu, które wzywa wiernych na nabożeństwo, towarzyszy pogrzebowi czy uroczystości, nie powinno się oceniać tak samo jak stałej emisji hałasu z urządzeń technicznych. „Kiedy to były pojedyncze przypadki, można było się nad tym zastanawiać, czy to jest przypadek, czy czyjaś nadwrażliwość. Dzisiaj widzimy, że pojawiają się wyroki, które nakazują wyciszenie dzwonów albo nakładają na parafie bardzo wysokie kary” — mówił Drabek. Równolegle ruszyła petycja do prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie zmiany przepisów.
Sprawa nie jest przesądzona. Dotychczasowe stanowisko administracji i sądów było takie, że religijny charakter dzwonów sam w sobie nie wyłącza ich spod norm ochrony środowiska, a Biuro Analiz Sejmowych wskazywało już wcześniej, że do dzwonów kościelnych stosuje się art. 112–115a Prawa ochrony środowiska. Bez zmiany ustawy kolejne wieże będą milkły, a parafie płaciły za minuty dźwięku, który od tysiąca lat wyznaczał rytm polskich miast i wsi.
Redakcja we współpracy z Sewerynem Zasadą
