Pisaliśmy już o mechanizmie, jaki obnażyła sprawa płonących krzyży na festiwalu Bangarang w Chwałkowie: publiczne pieniądze płyną do organizatorów bez pytania o program wydarzenia, a refleksja przychodzi dopiero, gdy nagranie obiegnie internet. Tydzień od tamtej publikacji sprawa zrobiła kolejny krok. Z gminnych oświadczeń i lokalnych komentarzy przeniosła się pod drzwi prokuratury – a stąd, jak zapowiadają jej uczestnicy, ma powędrować jeszcze dalej.
W poniedziałek, 6 lipca, przed budynkiem Prokuratury Rejonowej w Gostyniu stanęli: poseł Jan Dziedziczak, radny powiatowy Hubert Łapawa oraz Adam Surmacz z Instytutu Ordo Iuris i Stowarzyszenia Fidei Defensor. Dziedziczak podkreślił, że nie występuje już wyłącznie we własnym imieniu ani nawet w imieniu lokalnych struktur partii – zawiadomienie o możliwości popełnienia przestępstwa składa cały klub parlamentarny Prawa i Sprawiedliwości, a on sam działa z bezpośredniego upoważnienia przewodniczącego klubu, Mariusza Błaszczaka.
Poseł powtórzył argument, który od kilku dni krąży w komentarzach pod każdym artykułem o Chwałkowie: dlaczego symbole chrześcijańskie można bezkarnie obrażać, skoro podobny akt wobec innej religii wywołałby ogólnokrajową burzę. Przekonywał, że spalenie gwiazdy Dawida czy zbezczeszczenie symboli islamu skończyłoby się realnymi protestami środowisk żydowskich i muzułmańskich w Polsce i poza jej granicami. Puentę sformułował krótko:
„Chrześcijanie nie będą jedyną grupą religijną, którą można bezkarnie obrażać” – mówił Dziedziczak.
Dziennikarze pytali wprost, kogo obejmuje zawiadomienie – czy oprócz muzyków także organizatorów festiwalu, czyli Stowarzyszenie Dżentelmeni Metalu. Poseł Dziedziczak nie miał wątpliwości, gdzie leży odpowiedzialność: „Zrobił to z premedytacją i powinien odpowiadać za swoje czyny” – ocenił, wskazując na zespół Baalzagoth jako głównego adresata zarzutów. To jego opinia, nie wyrok – ostatecznie to prokuratura zdecyduje, czy w ogóle wszczyna postępowanie i wobec kogo.
Dla Instytutu Ordo Iuris konferencja w Gostyniu była okazją, żeby sprawę Chwałkowa wyjąć z ram jednej gminy. Adam Surmacz przypomniał, że publiczne pieniądze trafiające na wydarzenia uderzające w uczucia religijne to w Polsce nie pierwszy taki przypadek – wymienił choćby Olsztyn i Gniezno. Dlatego uruchomiliśmy ogólnopolski apel do samorządów, budowany wokół trzech konkretnych żądań:
Adam Surmacz nie krył irytacji tłumaczeniami, jakie samorządy zwykle wyciągają po wybuchu skandalu: „To wymaga rozsądku w podejmowaniu decyzji, na co idą pieniądze kultury” – mówił, odrzucając argument, że urzędnicy nie mogli przewidzieć charakteru koncertu. Apel można podpisać na petycje-fideidefensor.pl – im więcej podpisów, tym trudniej będzie kolejnym urzędnikom udawać, że problemu nie ma.
Uczciwie trzeba odnotować, że władze powiatu gostyńskiego nie zostawiły konferencji PiS bez odpowiedzi. Starosta gostyński Robert Marcinkowski przypomniał, że powiat potępił podpalenie krzyży, zanim zrobił to klub parlamentarny, i że to gmina Krobia jako pierwsza złożyła własne zawiadomienie do prokuratury.
Różnica, jaka pozostaje, dotyczy jednak czegoś bardziej praktycznego niż symbolika – tego, czy samo potępienie w komunikacie prasowym wystarczy, czy potrzebne są też twarde mechanizmy: klauzule w umowach dotacyjnych i realna weryfikacja repertuaru, zanim popłynie dotacja. Deklaracje samorządy złożyły już 29 czerwca. To, czego oczekujemy teraz, to procedury, dzięki którym nie zostaną popełnione podobne błędy.
Sprawa ma też wymiar mniej medialny, choć nie mniej istotny. Jak poinformowało Radio Maryja, w parafiach dekanatu krobskiego – na terenie którego doszło do podpalenia krzyży – księża zachęcają wiernych do udziału w publicznych modlitwach ekspiacyjnych oraz do osobistej modlitwy wynagradzającej. To przypomnienie, że dla mieszkańców tej części Wielkopolski sprawa nie kończy się na paragrafach kodeksu karnego.
Komenda Powiatowa Policji w Gostyniu, jak pisaliśmy poprzednio, wciąż prowadzi czynności zmierzające do ustalenia sprawcy. Do tego dochodzi teraz zawiadomienie całego klubu parlamentarnego PiS oraz nasz ogólnopolski apel do samorządów. Będziemy uważnie śledzić, czy prokuratura potraktuje sprawę poważnie, a samorządy – czy poprzestaną na oświadczeniach, czy rzeczywiście zmienią zasady przyznawania publicznych dotacji na wydarzenia kulturalne.
Źródło zdjęć i filmów: Stowarzyszenie Fidei Defensor
Tekst i materiały audiowizualne mają charakter informacji prasowej i mogą być wykorzystywane przez media.
]]>W piątek 26 czerwca 2026 roku, w polu kukurydzy pod Chwałkowem w gminie Krobia (powiat gostyński), pierwszy dzień siódmej edycji Bangarang Festival zamknął koncert deathmetalowej grupy Baalzagoth. Punktem kulminacyjnym występu było podpalenie dwóch ustawionych przy scenie krzyży. Kilkudziesięciosekundowe nagranie błyskawicznie obiegło media społecznościowe — i w ciągu kilkudziesięciu godzin lokalna impreza dla fanów ciężkiego grania stała się tematem ogólnopolskim. Posypały się oświadczenia, zapowiedzi zawiadomień do prokuratury i — co najciekawsze — deklaracje tych samych instytucji, które jeszcze kilka tygodni wcześniej z dumą chwaliły się wsparciem dla festiwalu.
Wpis posła Jana Dziedziczaka (PiS) na Facebooku
I tu właśnie zaczyna się historia, którą najlepiej streszcza stare porzekadło: mądry Polak po szkodzie. A w tym przypadku — mądry samorząd po szkodzie.
Bangarang Festival od lat ma w regionie ugruntowaną, nietypową markę. Scena staje dosłownie w polu kukurydzy, a impreza ściąga fanów metalu, punka, hardcore’u i rocka z całej Polski, a nawet zza granicy. Organizatorem jest Stowarzyszenie Dżentelmeni Metalu, na czele z prezesem Łukaszem Wojtkowiakiem. Tegoroczną, siódmą edycję zaplanowano na 26–27 czerwca i zapowiadano jako najmocniejszą w historii. Na scenie pojawiły się m.in. Hate, Tabu, Gorgonzolla, Moyra, czeski Gutalax, Podwórkowi Chuligani czy ADHD.
Pierwszy dzień zamykała blackened-deathmetalowa formacja Baalzagoth z Kostrzyna nad Odrą, promująca wydany na początku czerwca album „No God, No Savior”. To właśnie podczas jej koncertu doszło do sceny, która zdominowała późniejszą dyskusję: przy scenie zapłonęły dwa krzyże. Na nagraniu widać też strażaka, który podchodzi z gaśnicą i przygasza ogień u podstawy jednego z nich.
Dla części publiczności był to po prostu element widowiska, jakiego po zespole grającym ekstremalny metal można się było spodziewać. Dla wielu odbiorców spoza tego środowiska — akt, którego nie da się usprawiedliwić „konwencją gatunku”.
I tu dochodzimy do sedna. Bangarang 7 nie był imprezą prywatną realizowaną wyłącznie z biletów i sponsoringu. Wydarzenie zostało dofinansowane ze środków publicznych. Powiat gostyński, w ramach otwartego konkursu ofert, przyznał organizatorowi blisko 10 000 złotych. Gmina Krobia — również w otwartym konkursie ofert — dołożyła 16 000 złotych. Łącznie z kasy podatników na organizację festiwalu trafiło około 26 tysięcy złotych.
Co więcej, współpraca samorządu z organizatorami nie ograniczała się do przelewu. Festiwal otrzymał od Powiatu Gostyńskiego wyróżnienie, którym Stowarzyszenie Dżentelmeni Metalu chwaliło się publicznie na własnej stronie. Na oficjalnym portalu festiwalu do dziś można przeczytać wpisy w tonie wdzięczności: jeden zatytułowany „Bangarang Festival otrzymał wyróżnienie od Powiatu Gostyńskiego!”, drugi — „16 000 złotych od Gminy Krobia dla Bangarang Festival!”. Grafiki z herbami powiatu i gminy oraz wielkim napisem „DZIĘKUJEMY!” są tu wymownym świadectwem, jak blisko jeszcze niedawno było obu stronom.
Strona bangarangfestival.com chwali się wpisami, że „Bangarang Festival otrzymał wyróżnienie od Powiatu Gostyńskiego!” oraz „16 000 złotych od Gminy Krobia dla Bangarang Festival!” z grafikami „DZIĘKUJEMY!”.
Warto podkreślić mechanizm: dotacje przyznano w trybie otwartego konkursu ofert. To znaczy, że organizator złożył wniosek, urzędnicy go ocenili, a komisje konkursowe zarekomendowały finansowanie. Charakter festiwalu nie był tajemnicą — Bangarang od lat ogłaszał line-up na wiele miesięcy przed imprezą, a w jego historii występowały zespoły grające skrajny black i death metal. Trudno zatem twierdzić, że ktokolwiek po stronie samorządu „nie wiedział, na co daje pieniądze”.
Sprawa nie wybuchła z inicjatywy urzędów. Jako jeden z pierwszych nagłośnił ją czytelnik portalu Gostyn24, zgłaszając w serwisie interwencyjnym, że na dofinansowanej ze środków publicznych imprezie doszło do znieważenia krzyża, a „panuje cisza”. Dopiero potem do akcji wkroczyli politycy.
Najpierw głos zabrał Hubert Łapawa — radny i asystent społeczny posła Jana Dziedziczaka — który 29 czerwca opublikował na Facebooku zdjęcie z koncertu, nazywając zdarzenie „niedopuszczalnym i karygodnym” i zapowiadając pisma do burmistrza i starosty z żądaniem zajęcia stanowiska oraz zaprzestania finansowania festiwalu w kolejnych latach. Wkrótce dołączył poseł Jan Dziedziczak (PiS), pisząc o „skandalu i przekroczeniu wszelkich granic” oraz o „ordynarnej prowokacji”. Obaj zaapelowali do lokalnych władz o reakcję.
I władze zareagowały — błyskawicznie. Powiat Gostyński wydał oświadczenie, w którym stanowczo potępił czyn palenia krzyża jako „oburzający i nieakceptowalny” oraz „akt wandalizmu” godzący w uczucia religijne. W trybie natychmiastowym wezwał organizatorów do złożenia wyjaśnień i — co kluczowe — zapowiedział analizę umowy dotacyjnej pod kątem jej zerwania i zwrotu pieniędzy. „Środki publiczne powinny służyć budowaniu wspólnoty i integracji, a nie niszczyć symbole, wprowadzać podziały i kontrowersje” — czytamy w stanowisku.
Oświadczenie Powiatu Gostyńskiego „Oświadczenie ws. Bangarang Festival” z 29.06.2026.
Tym samym torem poszła gmina Krobia. W oświadczeniu opublikowanym na oficjalnym portalu wyraziła „stanowczy sprzeciw”, przypominając, że wolność twórczości artystycznej nie może odbywać się kosztem obrażania uczuć religijnych, a krzyż jest dla milionów ludzi znakiem nie tylko wiary, ale i tożsamości narodowej. Gmina zapowiedziała analizę okoliczności, w tym możliwość zawiadomienia organów ścigania o podejrzeniu popełnienia przestępstwa, oraz spotkanie z organizatorami. Zaapelowała też do wszystkich przyszłych organizatorów wydarzeń kulturalnych na swoim terenie o „rozwagę, profesjonalizm oraz szacunek”.
Oświadczenie Gminy Krobia z oficjalnego portalu krobia.pl
Najpierw urzędnicy w otwartym konkursie ofert oceniają wniosek i przyznają pieniądze. Potem powiat wręcza wyróżnienie, a organizatorzy publicznie dziękują za wsparcie. Następnie odbywa się festiwal — z line-upem znanym od miesięcy, z zespołami, których estetyka od dekad opiera się na mrocznej, antykościelnej symbolice. A gdy nagranie z jednego z koncertów trafia do sieci i robi się głośno, te same instytucje wydają oświadczenia pełne oburzenia i sięgają po najcięższe narzędzie, jakim dysponują: groźbę zerwania umowy i odebrania dotacji.
To jest właśnie istota „mądrości po szkodzie”. Reakcja samorządu nie jest efektem czujności czy przemyślanej polityki kulturalnej. Jest efektem presji medialnej i politycznej, która pojawiła się dopiero po fakcie. Gdyby nie nagranie i gdyby nie wpisy polityków, w aktach gminy i powiatu pozostałby tylko wniosek o dotację, faktura i pochwalny komunikat o udanej imprezie.
Pytanie, które powinno wybrzmieć najmocniej, nie brzmi „czy potępić palenie krzyża” — bo tu odpowiedź dla zdecydowanej większości jest oczywista. Pytanie brzmi: dlaczego ocena ryzyka i charakteru finansowanego wydarzenia następuje dopiero wtedy, gdy szkoda już się dokonała? Procedura otwartego konkursu ofert istnieje po to, by samorząd świadomie decydował, na co przeznacza publiczny grosz. Jeśli ten mechanizm zawodzi za każdym razem, gdy pojawia się kontrowersja, to znaczy, że kontroli na wejściu po prostu nie ma — jest tylko gaszenie pożaru na wyjściu. Dosłownie i w przenośni.
Druga strona sporu nie przyznaje się do winy. Organizatorzy oraz Baalzagoth wydali oświadczenia, w których tłumaczą, że płonące krzyże były wyłącznie elementem zaplanowanego, teatralnego performance’u i scenografii — a nie przedmiotami kultu religijnego. Zespół, w stanowisku podpisanym przez frontmana występującego jako Oktavius Hellhammer, wskazał, że rekwizyty nie posiadały dewocjonaliów (np. wizerunku ukrzyżowanego Chrystusa), a cała oprawa nawiązywała do historycznej tematyki utworu „Auto-da-fé”, poświęconego procesom inkwizycyjnym i prześladowaniom uznawanych za heretyków.
Prezes Stowarzyszenia Dżentelmeni Metalu Łukasz Wojtkowiak zapewniał, że nikt nie miał złych zamiarów, że członkowie stowarzyszenia są „wychowani w wierze katolickiej”, a festiwal ma charakter undergroundowy. Tłumaczył też techniczny detal: palił się nie sam krzyż, lecz pokrywający go środek pirotechniczny — żel — dlatego przez całą imprezę na scenie czuwała straż pożarna. Organizatorzy przeprosili wszystkich, którzy mogli poczuć się urażeni, jednocześnie powołując się na gwarantowaną w art. 73 Konstytucji RP wolność twórczości artystycznej i ostrzegając przed „niebezpiecznym precedensem” cenzury sztuki. Przypomnieli również, że zgodnie z regulaminem nagrywanie koncertów bez akredytacji było zakazane — to nagranie z zakazu wyłamujące się rozpętało burzę.
Osobne oświadczenie wydała Ochotnicza Straż Pożarna w Krobi, wyjaśniając, że została poproszona przez organizatorów o zabezpieczenie imprezy pod kątem przeciwpożarowym — stąd obecność strażaka z gaśnicą na nagraniu.
Sprawą zajęła się Komenda Powiatowa Policji w Gostyniu, prowadząc czynności zmierzające do ustalenia sprawcy. W tle pojawia się art. 196 Kodeksu karnego, który za obrazę uczuć religijnych poprzez publiczne znieważenie przedmiotu czci religijnej przewiduje grzywnę, ograniczenie wolności albo do dwóch lat więzienia.
Tyle że — jak trzeźwo zauważały nawet lokalne redakcje — sama obecność krzyża w kontrowersyjnej scenografii nie przesądza automatycznie o popełnieniu przestępstwa. Bangarang był imprezą biletowaną, na terenie zamkniętym, w godzinach nocnych, dla wyselekcjonowanej publiczności, która kupowała bilet ze świadomością, jakie zespoły zagrają. To realny argument prawny, z którym organy ścigania będą musiały się zmierzyć: gdzie kończy się prowokacja artystyczna w zamkniętej formule koncertowej, a zaczyna publiczne znieważenie przedmiotu czci.
Sprawa Chwałkowa jest lekcją wykraczającą daleko poza jeden festiwal i jedną gminę. Jako Instytut Ordo Iuris i Stowarzyszenie Fidei Defensor od lat reagujemy na akty wymierzone w symbole i uczucia religijne — składamy zawiadomienia o możliwości popełnienia przestępstwa z art. 196 Kodeksu karnego, przystępujemy do postępowań po stronie osób pokrzywdzonych i monitorujemy reakcje prokuratury oraz policji.
Mówimy z całą stanowczością: publiczne spalenie krzyża nie jest sztuką — jest znieważeniem symbolu, wokół którego zbudowana jest tożsamość, kultura i wiara ogromnej części Polaków. I formułujemy w związku z tym jednoznaczne ostrzeżenie pod adresem samorządów. Skrajne nurty muzyki typu black i death metal — z samego założenia posługują się estetyką buntu wobec chrześcijaństwa, antykościelną i antyreligijną symboliką oraz prowokacją wymierzoną w sferę sacrum. Współorganizowanie i dofinansowywanie takich wydarzeń ze środków publicznych oznacza realne ryzyko, że pieniądze podatników — w tym podatników wierzących — posłużą do produkcji treści uderzających w zasady moralne, w polską kulturę i w religię chrześcijańską.
Dlatego apelujemy do wójtów, burmistrzów, starostów i radnych: oceniajcie charakter wydarzenia i repertuar zapraszanych wykonawców, zanim podpiszecie umowę dotacyjną — a nie dopiero wtedy, gdy w polu kukurydzy zapłonie krzyż, a nagranie obiegnie internet. Środki publiczne mają budować wspólnotę, a nie finansować jej obrażanie. Mądrość przed szkodą jest obowiązkiem każdego gospodarza publicznego grosza; mądrość po szkodzie to już tylko gaszenie pożaru, który nigdy nie powinien był wybuchnąć.
Spodziewamy się kontrargumentu, który już pada: że death i black metal od półwiecza operują agresją i prowokacją jako świadomym językiem artystycznym, że impreza była zamknięta i biletowana, a interwencja w tej sprawie grozi „efektem mrożącym” dla kultury alternatywnej. Obrońcy festiwalu powołują się na gwarantowaną w art. 73 Konstytucji RP wolność twórczości artystycznej.
Odpowiadamy: wolność twórczości nie jest wolnością absolutną. Ta sama Konstytucja chroni wolność sumienia i wyznania, a Kodeks karny w art. 196 wprost penalizuje obrazę uczuć religijnych przez publiczne znieważenie przedmiotu czci. Granica między ekspresją artystyczną a znieważeniem istnieje — a to, czy została w Chwałkowie przekroczona, oceni sąd, a nie atmosfera „undergroundowej konwencji”. Argument „kto nie chce, niech nie ogląda” nie unieważnia faktu, że wydarzenie było współfinansowane ze środków publicznych — to oznacza, że do obrazy symbolu religijnego dołożyli się również ci podatnicy, dla których krzyż jest świętością. Nie chodzi o cenzurowanie gustów muzycznych. Chodzi o to, by państwo i samorząd nie firmowały własnym autorytetem i własnym groszem aktów wymierzonych w wiarę większości obywateli.
Jedno pozostaje poza sporem: jeżeli samorządy chcą uniknąć powtórki z Chwałkowa, muszą podejmować decyzje o publicznych pieniądzach z otwartymi oczami — zanim, a nie dopiero gdy zadzwoni telefon z redakcji.
Źródło grafiki głównej: facebook posła Jana Dziedziczaka
Tekst i materiały audiowizualne mają charakter informacji prasowej i mogą być wykorzystywane przez media.
]]>